Category Archives: przemyślenia

Miasto – wszędzie blisko!

Mieszkam w mieście i mam wszędzie blisko.

Tylko jakoś tak do bliskich nie po drodze.

TALK (1)

Musimy zarabiać na siebie, a wymagania konsumpcji rosną. Więc co? Proste. Nie mamy czasu nawet na wspólny lunch, a potem zostajemy w pracy po godzinach. Jezu, jechać gdzieś godzinę żeby się spotkać? Niestety nie mam siły, poza tym obowiązki po pracy wzywają (rachunki, zakupy, wanna po całym stresującym dniu).

Przez taki stan rzeczy powoli wyprosiliśmy z naszego życia emocjonalną bliskość. Pamiętacie czasy ziomków z osiedla? Dzwoniło się na domowy i zaraz był pod drzwiami. Nawet mama znała ksywę, kiedy się zapomniało prawdziwego imienia. ;) Teraz te ziomki, rozstrzelone po całym wielkim mieście, pokonują godziny drogi z przeszkodami żeby raz na parę miesięcy się spotkać. Tylko to już nie ta jakość. Bo mamy dwie godziny na miesiąc i gadamy o tym że jest fajnie, wszystko spoko, jak w poście na Facebooku, a nie dzielimy ze sobą trudnej w odbiorze codzienności.

Nie dramatyzując: jak zawalczyć o to, co jest jedynym prawdziwym lekarstwem na samotność w tłumie?

  • Kilka osób – nie wszystkie – mogą zostać Twoimi najbliższymi przyjaciółmi. Każda z tych osób jest Ci potrzebna w życiu do  trochę czego innego – w zależności od tego jak postrzega świat.
  • Patrz komu ufasz – trudno, naprawdę bardzo bardzo trudno znaleźć osobę, której można zaufać. Od momentu gdy uwolniliśmy związki damsko-męskie od tradycyjnego modelu, zdążyliśmy popełnić tyle błędów i narobić sobie nawzajem tyle świństw, że zaufanie „ad hoc” jest kojarzone raczej z naiwnością lub frajerstwem niż szlachetną cechą charakteru.
  • Walcz o ludzi – dawaj im szansę, poświęcaj się, wybaczaj. Właśnie tak się rodzi prawdziwa bliskość.

 W odniesieniu do naszego kraju jest to pewnie głównie problem Warszawy (bo resztę polskich miast można przejść przecież całe na piechotę <– złośliwy żart Warszawiaka;)). Ciekawa jestem, w czym Wy widzicie źródło problemu oraz jak temu zaradzić?

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Uwierzyć czy udowodnić?

cytat

Myślę, że Bóg wcale nie chce nam się „dać złapać”.

Nie chodzi o to, aby udowodnić Jego istnienie. Wtedy pozostałoby nam jedynie uwierzenie naukowym przesłankom, a nie Jemu samemu. Myślę, że doświadczamy Go nie w momencie klinicznej śmierci, ale gdy w chwili groźnego wypadku uświadamiamy sobie jak bardzo ważne jest życie, bliskie osoby etc.

Można Go raczej doświadczyć w tym, czego nie da się opisać i dokładnie przekazać. Jest w dobrej książce, herbacie, widoku gór,  jest w chwili gdy po raz kolejny nas coś wkurza, ale tym razem nie ulegamy złym emocjom, gdy decydujemy się próbować czegoś zupełnie nowego, gdy któregoś przeciętnego poranka nachodzi nas olśniewająca myśl, która zmienia dotychczasowy tok zdarzeń.

Nie szukajmy ścieżki do kościoła. Szukajmy naszej ścieżki z Nim. Przez życie.

Otagowane , , , , ,

Kilka noworocznych postanowień

this year

Zdecydowałam się wziąć na siebie odpowiedzialność tego wpisu. :) Mam nadzieję, że będzie do mnie wracał i pozytywnie mnie męczył. A dlaczego? Przeczytajcie poniżej:

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE:

1. Doceniać małe rzeczy (one mogą stać się wielkimi!)

2. Unikać porównań z innymi ludźmi (ich pracami, związkami, mieszkaniami, zarobkami itd…)

3. Nie robić rzeczy, do których nie jestem przekonana (to się po prostu czuje)

4. Zauważać dobre gesty, którymi obdarowują mnie inni ludzie (fajnie jest podziękować, że ktoś wpadł, zadzwonił, powiedział coś czy wysłuchał)

5. Ćwiczyć pozytywne nastawienie i myślenie.To temat rzeka, z którego wynikają prawie wszystkie powyższe punkty. Zdradzę sekret, iż przy zakładaniu tego bloga obiecałam sobie, że mimo wielu powodów do zmartwień moje wpisy będą tylko pozytywne. Przecież każdy kij ma dwa końce. Każde narzekanie można przekuć na konstruktywną poradę na przyszłość, a w każdej najgorszej historii da się dostrzec pozytywy i ich się chwycić. Wiem że to niemożliwe, ale niech 2014 rok będzie rokiem bez narzekania, niech będzie ćwiczeniem pozytywnego myślenia, roztaczania pozytywnej aury i zakazu spożywania tej popularnej polskiej trucizny.

To fajne postanowienia, takie uniwersalne. Pozwalam zapożyczać. ;)

Aha, i dziękuję za już ponad 100 lajków na moim Facebooku! ;)

Otagowane , , , , , , , ,

Co mi się udało…

2013_10_21_23_53_43

… W kuchni. :)

Chciałam wytłumaczyć swoją długą nieobecność. Otóż zajęłam się czymś ważnym. Życiem. Mam niesamowitą okazję, by w wieku 27 lat ogarnąć swoje życie. Startując w dorosłość moc ambicji potrafi czasem niemal wystrzelić nas w kosmos. Ja nawet cieszę się, że w moim przypadku tak się nie stało.

Uważam siebie za bardzo ambitną osobę i zaraz po skończeniu studiów nadstawiłam się, by pofrunąć na skrzydłach mojej kariery, jednak wiatr jakoś nie chciał wiać. Poza tym zdarzyło się wiele rzeczy, które zdarzyć się nie powinny. Nieważne. W każdym razie myślę sobie teraz, że gdybym tak odleciała, a potem na chwilę chciała przycupnąć, czy miałabym gdzie? Czy miałabym na czym? A kończąc metafory, czy miałabym możliwość odpocząć w czystym mieszkaniu z opłaconymi rachunkami, zrobić sobie coś szybkiego i zdrowego do jedzenia, zadzwonić do znajomej, zregenerować się po ciężkim dniu?

Właśnie teraz jest mój czas, by się tego nauczyć. Nigdy nie kręciło mnie życie domowe, rodzinne. Moje marzenia są inne. Jednak doszło do mnie, że to część życia każdego z nas. Po skończonym fascynującym dniu (albo w jego trakcie) fajnie zjeść coś innego niż mrożonkę albo fast fooda na mieście. Fajnie jest też poznać swój gust w tym temacie, czy odkryć swoje najprostsze nawet umiejętności. Nie wiem czy każdy człowiek na Ziemi kryje w sobie tę spokojną naturę. Wydaje mi się że tak. W każdym razie coś, czego z pewnością nie dam sobie zbagatelizować w swoim życiu, to stanowisko house managera. ;)

Na koniec pochwalę się, co mi przez ostatnie 2 miesiące samodzielnego życia wyszło W KUCHNI i co uważam że jest godne polecenia, gdyż jest zdrowe, przepyszne i banalnie proste do przygotowania (nawet mnie się udało!;)

  1. Hummus klasyczny (no, prawie wyszło;)
  2. Pasta z avocado / guacamole
  3. Bakłażan+mleko kokosowe+makaron+dowolne dodatki
  4. Papryka czerwona+nadzienie: ryż, mięso mielone i pomidor z puszki
  5. Pasta z buraka i sera koziego (szczerze mówiąc to mam nadzieję, że za chwilę mi się uda:P)

Po więcej odsyłam do googlowania przepisów (również banalna sprawa, gdy tylko np. wpiszesz 2 składniki z Twojej lodówki w wyszukiwarkę:), bo jeśli chodzi o blogowanie kulinarne, powinnam pewnie dostać jakiś rządowy zakaz sprawowania tej funkcji. :P

Pomysł na ten tekst powstał spontanicznie (podczas krojenia buraka…) i postanowiłam nie przeredagowywać go za bardzo, także z góry przepraszam (Agatę;) za wszystkie moje językowe niedociągnięcia. No cóż, czasem jest się takim niewrażliwym i niewyjściowym barbarzyńcą i takim trzeba się też czasem pokazać. ;)

Miłego Dnia/Wieczora!

Otagowane , , , , , ,

Nie ważne co, ważne jak

fot F5

Dawno nie wrzucałam nic nowego. Niestety (albo „stety”?) życie zajmuje tyle czasu… Po pierwsze ubolewam nad tym, że obecnie większość mojego czasu poświęcam na to, aby budować rzeczy, których wspierać nie chcę, albo z którymi nawet się nie zgadzam. Pochłania to tyle mojej energii, że nie starcza mi jej na „naprawienie tego, co zepsułam”, czyli napisanie jakiegoś pozytywnego wpisu, który komuś da coś do myślenia na temat życia. Ale jakoś się trzeba utrzymywać i wybór padł na bezduszny marketing. :) Koniec akapitu z narzekaniem.

Przy okazji wykonywania czynności związanych z pracą wpadło mi do głowy pewne przemyślenie: zazwyczaj ludzie w życiu bardziej nastawieni są na to: „jak”, a nie „co” robić. To „jak” musi być dodatkowo związane z odpowiednio wysokim poziomem komfortu, najlepiej zwiększanym w nieskończoność (czyli nie wiemy tak naprawdę, czego chcemy, na czym chcemy poprzestać?).

Kiedy przeżywałam swój intensywny okres „jeżdżenia w skały”, obieraliśmy po prostu cel + postanowienie dostania się tam za jak najmniejsze pieniądze. JAK to się odbywało, nie było już takie istotne. Komfort był wypadkową naszych możliwości finansowych oraz chęci osiągnięcia destynacji. W każdym razie dostanie się gdzieś samolotem, autobusem, stopem, na piechotę, dowspinanie było naszym codziennym wyzwaniem i nikt nie składał nikomu reklamacji, że wycieczka nie spełniła jego oczekiwań. Wręcz przeciwnie: każda przeszkoda, każda trudność (kilka godzin łapania stopa, spanie pod namiotem przy kilku stopniach zimna, brak łazienki…) stanowiły przygodę oraz doświadczenie, którego nikt ci potem nie odebrał.

Dla kontrastu: przeglądając jedną ze stron biur podróży, nie znalazłam wyszukiwarki, która pokazałaby mi wycieczki zgodne z wymarzonym celem podróży. Znajdowała się tam za to bardzo rozbudowana wyszukiwarka określająca warunki, jakie mają panować na wycieczce: ile gwiazdek ma mieć hotel, ile metrów ma być do plaży. Jeśli wycieczka nie spełniała szczegółowo opisywanego poziomu komfortu, w internecie pokazywała się negatywna opinia.

Równie dziwna była dla mnie sytuacja związana z poszukiwaniem pracy: peeełny opis stanowiska i obowiązków, ale jeśli chodzi o to, co będziemy tymi obowiązkami budować, to czasem nawet nazwa pracodawcy była utajniona, więc zupełnie nie wiadomo, z kim ewentualnie będziemy się utożsamiać…

Zupełnie rozmija się to z moim punktem widzenia, w którym po prostu wymyślam sobie (a właściwie odkrywam), jakiej jakości moim zdaniem brakuje światu (lub: co ja mogę dać światu i spełnić się w tym), a potem zaczynam dążyć w tym kierunku zaspokojenia tej potrzeby. Przy czym w toku tego dążenia pojawiają się różne czynności, które muszę wykonać, których muszę się nauczyć lub które ktoś inny będzie musiał zrobić.

„Ogłoszeniowy” rynek pracy kojarzy mi się ze specjalizowaniem się w określonym zestawie czynności, wykonywaniem ich automatycznie w danym wycinku czasu, bez świadomości, jaki ten wycinek ma znaczenie. Ważne tylko, że został wykonany i że mogę teraz wyjść i dostać za to kasę.

Piszę to dlatego, że jest to zupełnie nieznana mi wcześniej postawa. Zamiast: „chcemy dostać się tu i zobaczymy co się stanie, jesteśmy otwarci na nowe doświadczenia i niespodziewany obrót sprawy”, mamy: „może być tu, tylko żeby nie było, zimno, niebezpiecznie, niewygodnie, mokro”. Może dla kogoś z Was to normalne i potraficie przybliżyć mi zalety takiego podejścia na szerszą skalę? Czekam na komentarze.

(fot: F5)

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Co z tym Bogiem?

Nadszedł czas na mój wyznaniowy coming out. Z wiarą jest tak, że z jednej strony składa się ona z uniwersalnych zasad, z drugiej natomiast jest ciągłym przychodzeniem do Boga z pytaniem: o co w tym wszystkim chodzi? Ktoś, kto przyjmuje Słowo Boga bezkrytycznie, ok, ratuje siebie od wielu życiowych kłopotów (przyjmuję, że jednak Bóg chce dla nas dobrze i obdarowuje zasadami, które pomagają nam szczęśliwie przeżyć życie). Jednak z drugiej strony taka osoba pozbawia swoje życie walorów związanych z osobistym kontaktem z Bogiem. A to jest trochę jak woda na młyn sensownego, chrześcijańskiego życia.

Nie da się ukryć: nie jesteśmy idealni. Nie umiemy nie zgrzeszyć: nie skłamać, nie pomyśleć źle o kimś, nie pożądać kogoś. Jesteśmy ze swoją naturą skazani na porażkę. Brzmi okrutnie. Ale tylko wtedy, jeśli rzeczywiście mielibyśmy swoim wzorowym zachowaniem zarobić na bożą miłość i zbawienie. Ja na szczęście trzymam się tego, co wielokrotnie jest podkreślane w Biblii (na przykład w Liście do Efezjan 2, 8-9): nie o to w tym wszystkim chodzi. To nie jest możliwe, żebyśmy byli ekstra-posłuszni, zawsze wybierali prawdę, kontrolowali swoje myśli itp. W tym wszystkim po prostu potrzebujemy bożego zrozumienia, przebaczenia i zbawienia. Ułomność charakteru jest cechą tak samo wierzących jak i niewierzących. Wierzący różnią się tylko tym, że któregoś dnia zebrali się na odwagę, by przyznać się przed sobą, Bogiem oraz innymi ludźmi, że nie dadzą rady i nie chcą już iść przez życie sami, że potrzebują Zbawiciela.

trouble

Ostatnio w bardzo mocny sposób doszło do mnie, że Bóg jest naszym Ojcem. To dość zużyta sentencja i co ona właściwie znaczy? Dla mnie znaczy po prostu tyle, że Bóg chce dla nas dobrze, że nas rozumie, że jest ponad tym wszystkim, co nas spotyka i że chce nam pomóc. To trochę tak dzieciak, który przychodzi do taty z zepsutym rowerkiem: jest tragedia, rowerek nie jeździ. Tata spogląda, wyjmuje patyczek z między kółek, problem rozwiązany. Dzieciak się cieszy, tata też. Taka, powiedzmy, codzienność z Bogiem. Ale większe problemy też tata umie rozwiązać. Wierzę w to mocno, w końcu nas kocha i jest wszechmocny. Amen. :)

Otagowane , , , , , , ,

Pamiętaj kim jesteś, Simba

Rafiki

„Król Lew” to przykład bajki, która przez całe życie może być inspirująca. Mój ulubiony kolega Simby to Rafiki. Rafiki to dla mnie przykład, jak ludzie powinni się zestarzeć (taa, tak jak małpy;).

Ten pawian ma w sobie niezmierzone pokłady optymizmu, pomimo wiedzy jak okrutny jest świat i jak ciężkie jest życie. Hipotetycznie stwierdzam, że Rafiki skupiony jest na tym, co MOŻE zrobić, zamiast użalać się nad rzeczami, na które nie ma wpływu. Wiedza nie dołuje go, bo wypracował w sobie aktywną postawę.

Poza tym jego stoicki spokój…. Zero paniki! Simba spotyka mojego ulubieńca akurat wtedy, gdy znajduje się w totalnej życiowej dupie. Jest zdołowany tym, co stało się w przeszłości i, jak na młodego człowieka (czy lwa:P) przystało, mocno osadzony w „tu i teraz”. Brak mu dystansu i świadomości, jak wiele może się jeszcze zmienić. Z ratunkiem przychodzi w samą porę Rafiki. :)

Moja ulubiona scena (na obrazku powyżej) dla dzieciaka jest zabawna, a dla dorosłego może być nauką przez całe życie. Małpa przedstawia pewną prawdę w zabawny, a dla Simby irytujący sposób, ale to pokazuje jedno: ma do obecnej sytuacji ogromny dystans, wręcz cieszy się, że sprawy przybrały taki obrót i że lada moment syn Mufasy uświadomi sobie, kim naprawdę jest.

Dzieje się tak, że przebywając w określonym środowisku, asymilujemy jego wartości. Prościej mówiąc, zaczynają nam się podobać te rzeczy, które mamy w zasięgu ręki, a marzenia i wizje stają się coraz bardziej rozmyte. „Pamiętaj, kim jesteś” – pięknie powiedziane. Często zapominamy o tym, co kiedyś odkryliśmy o sobie, a to przecież jest niezmienne. To, co siedzi w głębi naszego serca, nie ulegnie szlifowi otoczenia (chyba że sami na to pozwolimy, ale nawet wtedy, uważam, nic straconego – jest do czego wracać:).

Namawiam do płynięcia pod prąd, kiedy to potrzebne, bo tylko wtedy będziemy czuli się w zgodzie z sobą, przetrwamy najgorsze przeciwności, by w końcu odnaleźć swoją niszę.

Także po prostu: “Pamiętaj kim jesteś, Simba!” :)

Otagowane , , , , , , , , , , , , , ,

Poradnik na weekend: jak odróżnić słaga od hipstera?

Ostatnio na prywatkach wśród znajomych często poruszam temat najświeższych subkultur, jakie widziała Warszawa. Pojęcie hipstera jest mi dobrze znane, nawet edukowałam innych na ten temat. Nie chwaląc się, po prostu znałam temat zanim stał się modny. ;)

Pojęcie SWAGu natomiast, mimo że uderza do mnie ze wszech stron (pracuję w social mediach…), jeszcze do niedawna czekało w mojej głowie na uzupełnienie swojej definicji. Dzięki dobrym sercom oraz sprawnym umysłom znajomych, udało mi się to nadrobić.

SWAG najszerzej można ująć jako „stylówę”. Tylko że tak na prawdę, co człowiek, to stylówa. Chodzi więc o taki mega lans, świecący, ze zwisającymi metkami.

Porównując dwie, najbardziej dominujące w moim mieście subkultury, ujęłabym to tak:

Hipster: „Mam hajs żeby się dobrze ubrać, ale udaję że nie mam.”

SWAG: ” Mam hajs żeby się dobrze ubrać i niech wszyscy widzą, że go mam!!”

Nie wiem, czy to idealne podsumowanie, ale tak mi się wydaje, po moich obserwacjach oraz wywiadach. Może macie swoje, odmienne zdanie?

Na koniec wykładu małe ćwiczenie/łamigłówka (poziom średnio-zaawansowany). Oto ona:

swagczycollage

fotki: indulgy.com

Otagowane , , , , , ,

Im bardziej czuję presję, tym mniej chcę

true friend quote

… Można by to też lekko sparafrazować na „Im bardziej czuję presję, tym mniej wiem.” Ale o tym może innym razem..:)

Uważam, że nawet w przyjaźni powinna funkcjonować reguła niedostępności (R. Cialdini). W kontaktach damsko-męskich, wiadomo, to działa. Lubimy zdobywać to, co trudno dostępne. W stałej relacji lub przyjaźni jest inaczej. Pojawiają się pewne oczekiwania co do dostępności.

„Oczekiwania” to w ogóle dla mnie straszne słowo. Wszystko, co mamy tutaj na tej Ziemi, wszystko co jest dobre i daje nam szczęście, jest niezasłużonym darem dla nas. Nie mniej jednak, przebywając dużo ze sobą, w jakiś sposób przyzwyczajamy się do obecności, wsparcia, oddania. W tym przyzwyczajeniu zapominamy, że są różne „pory roku” w relacji. Przypływy i odpływy. Jakkolwiek metaforycznie i mądrze można to nazwać. Czasem trzeba nabrać oddechu, dystansu w relacji, by wrócić do niej ze zdwojoną siłą.

Chwała Bogu, iż istnieją ludzie, którzy w naturalny sposób rozumieją ten proces i bez względu na upływający czas można z nimi pogadać na tak samo głębokim poziomie. Gorzej gdy brakuje tego zrozumienia, i w momencie gdy jedna z osób chce sobie „odpłynąć”, druga panicznie podąża w jej stronę, lub, odwrotnie, strzela foszka i gdy tamta pierwsza wraca, musi sobie najpierw „zarobić” na powrót przyjaźni. Z resztą, gdy mowa o przyjaźni, a zwłaszcza takiej w wielkim mieście, czasem na prawdę po prostu nie ma czasu i na pełną jakości przyjacielską wymianę zdań trzeba trochę czasu poczekać. Tym bardziej ważna jest wtedy umiejętność przyjmowania bliskiej osoby jako daru od Boga, cieszenia się tym, że jest i że można ją znowu wspierać.

Wracając do głównego tematu: w panice, że ktoś odpływa, pojawia się presja: gonitwa, telefony, rozmowy, esemesy, czaty. No i błędne koło. Bo im bardziej chcesz dogonić, tym bardziej druga osoba się odsuwa. Mój pomysł na przerobienie takiej sytuacji: zaakceptuj że to jest po prostu inny czas. I nie nazwałabym tego „czekaniem”, bo to mi się kojarzy z czekaniem w kolejce do dentysty, gdzie nie możesz się skupić na niczym innym tylko na tym, że zaraz wchodzisz, a jak coś w Twoim mniemaniu za długo trwa, to nawet wejdziesz się zapytać albo zaczniesz pospieszać i frustrować się. Nie o to chodzi.

Chodzi o nastawienie żagli w inną stronę, złapania nowego wiatru, cieszenia się ze swojej niezależności. Nie zmienisz się Ty i nie zmieni się sytuacja jeśli będziesz kurczowo trzymać się jednego, bezpiecznego (bo znanego) rozwiązania. Za rogiem czekają miliony innych rozwiązań, prawdopodobnie na daną chwilę lepszych, trzeba tylko przestać bać się i uwierzyć, że za zakrętem też czai się coś dobrego.

Otagowane , , , , , , , ,

„Ja” wczorajsza

każdy patrzy ze swojej perspektywy ;)

Kiedy ze sobą konwersujemy, nieuchronne jest, że co jakiś czas się na siebie wkurzymy. I nie wynika to z tego, że ktoś jest głupi albo zły, niedouczony (no, może trochę;) albo ma złe intencje. Określiłabym to tak, że najczęściej ROZMIJAMY SIĘ w komunikacji.

Każdy niesie ze sobą inny bagaż doświadczeń, począwszy od udanego lub nie poranka, poprzez aktualne życiowe położenie, na rodzinnym i kulturowym background’zie kończąc.

A często, zbyt egoistycznie, bierzemy pod uwagę tylko swoją perspektywę (patrz: obrazek:).

Znamy takie na przykład sytuacje:

a) kobieta NIE MÓWI, o co jej chodzi, bo oczekuje, że facet się domyśli (WRONG!:)

b) facet próbuje DORADZAĆ kobiecie, albo udowadniać jej, że nie ma wcale wielkiego problemu, podczas gdy ona chce po prosu być wysłuchana i zrozumiana. :(FAIL)

Obydwie sytuacje komunikacyjnie skazane są na porażkę, ponieważ nikt ze swojego sposobu postrzegania nie chce wyjrzeć i zobaczyć, co takiego ciekawego i innego czai się w innych miejscach.

Jak tu wyjść z siebie i zrozumieć drugą osobę? Nie jest to łatwe. Więc w zamian za to proponuję… jeszcze bardziej wgłębić się w siebie.:)

Czasem piszę do siebie samej kartki, np. „do jutrzejszej mnie” – wtedy łatwiej mi zapamiętać zadania, które zaplanowałam sobie na następny dzień. :) A ostatnio, zapewne po jakimś ciężkim dniu, pomyślałam o tym, jak by mi się rozmawiało ze „wczorajszą mną”. :)

Przewertujcie swoje stare konwersacje, przypomnijcie sobie zdarzenia, w których nerwy Wam nie wytrzymały – chcielibyście „tamtego/tamtą siebie” dzisiaj spotkać i zamienić słowo? Dogadalibyście się? … No właśnie! A ktoś musiał! Pogratulujcie temu komuś cierpliwości i wyrozumiałości (jeśli takową zachował) i bądźcie mu wdzięczni za to, że wciąż Was lubi. :)

Powtórzę się: Twój partner w rozmowie na prawdę nie ma na celu zdegradowania Twojej psychiki czy sprowadzenia Cię na stałe do roli instrumentalnego spełniacza pragnień i zachcianek. Nie wierzę w to.  Zazwyczaj rozchodzi się o bardzo podstawowe sprawy, takie jak potrzeba bycia wziętym pod uwagę, docenionym czy zrozumianym…

Także wniosek na dziś:

ktoś inny nie jest Twoim wrogiem, najeźdźcą, niezrozumiałym kosmitą. Jest takim Tobą, tylko że w innej skórze, w innym dniu, z innymi zranieniami, porażkami i sukcesami.

Otagowane , , , , , , ,